Uprawiam kolarstwo romantyczne. 500 kilometrów to dopiero początek
Deszcz, wiatr, błoto, ponad 500 kilometrów i tylko kilka dni na pokonanie kolejnego etapu jednej z najdłuższych tras rowerowych w Polsce. Dla wielu byłoby to wyzwanie życia. Dla naszej koleżanki z pracy kolejna przygoda. O rowerowej pasji, przygotowaniach i planach na następne wyprawy rozmawiamy z Małgorzatą Sinicką.
W tym roku przejechałaś ponad 500 kilometrów. Dokąd prowadziła Wasza wyprawa?
W tym roku wraz z kilkoma koleżankami pokonałyśmy część Green Velo, najdłuższego szlaku rowerowego w Polsce. Całość liczy ponad 2000 kilometrów, więc nie da się przejechać go podczas jednego urlopu. Stąd też pomysł podzielenia trasy na etapy. Na początek 510 kilometrów, a kolejne odcinki chcemy realizować w następnych 3-4 latach.
Skąd w ogóle wziął się pomysł na takie wyprawy?
To wszystko zaczęło się cztery lata temu. Koleżanki namówiły mnie na Velo Dunajec. Trasa miała około 380 kilometrów i mnóstwo przewyższeń, więc od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Spodobało mi się tak bardzo, że od tamtej pory co roku organizujemy tego typu wyjazdy. Naszym marzeniem jest przejechanie najpiękniejszych tras w Polsce. Śmiejemy się nawet, że chcemy „przekręcić” cały kraj.
Co było najtrudniejsze podczas tegorocznej wyprawy?
Bez wątpienia pogoda. W tym roku pierwszego dnia od rana lało, do tego wiał bardzo silny wiatr więc zaczęło się nie tak, jak to sobie wymarzyłyśmy. Było też sporo błota i podjazdów, przez co pierwszy etap okazał się dla nas wyjątkowo wymagający. Mimo trudnych warunków każdego dnia pokonywałyśmy kolejne kilometry, przez co satysfakcja na mecie była jeszcze większa.
Taka wyprawa wymaga chyba sporych przygotowań?
Przygotowania zaczynają się dużo wcześniej niż samo pedałowanie. Już na początku roku ustalamy termin, później rezerwujemy noclegi i mniej więcej miesiąc przed samym wyjazdem kupujemy bilety na pociąg. To wcale nie jest takie proste, tym bardziej, że PKP nie jest stworzone dla rowerzystów. W jednym składzie często jest tylko sześć miejsc na rowery - nas jedzie cztery lub pięć, a przecież nie tylko my wybieramy taką formę aktywności. Nie zawsze znajdzie się dla nas wolny kąt. Na trasę zabieramy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Im lżejszy bagaż, tym lepiej. Nie ma lokówek. Nie ma suszarek. I nagle okazuje się, że przez sześć dni naprawdę niewiele jest potrzebne.
A co musi znaleźć się w każdej sakwie?
Trytytki! Trytytkami zrobisz wszystko i to nie jest żart. W tym roku właśnie dzięki nim udało się prowizorycznie naprawić bagażnik jednej z uczestniczek naszej wyprawy. Miałyśmy też przygody z przerzutkami i spadającym łańcuchem. Człowiek uczy się wszystkiego w praktyce. Przed tegoroczną wyprawą nauczyłam się wymieniać oponę, na szczęście nie musiałam prezentować koleżankom nowej umiejętności w praktyce.
Green Velo nie było jednak Waszą pierwszą tak długą trasą.
Nie. Wcześniej przejechałyśmy Velo Dunajec, później trasę D12 ze Zgorzelca do Świnoujścia, która liczyła ponad 580 kilometrów. To najpiękniejsza trasa, jaką do tej pory przejechałam. Asfalt prowadzący środkiem lasu, przepiękne widoki i bardzo mało ludzi. Wszystkim ją polecam. W zeszłym roku przyszła kolej na trasę R10 ze Świnoujścia na Hel. Widoki są cudowne, ale latem jest tam naprawdę tłoczno. Jeśli ktoś planuje tę trasę, polecam wybrać czerwiec albo wrzesień.
Jak dużo na co dzień trenujesz? Tego typu wyprawy z pewnością wymagają odpowiedniego przygotowania.
Sport jest częścią mojego życia. Biegam dwa razy w tygodniu, cztery razy chodzę na siłownię, a kiedy tylko pogoda pozwala, regularnie jeżdżę na rowerze. W weekend potrafimy zrobić 60, 80, a nawet ponad 100 kilometrów. Dzięki temu organizm jest przygotowany na dłuższe wyprawy. Poza rowerem startuję też w półmaratonach, duathlonach i biegach z przeszkodami. Zdobywam również szczyty do Korony Gór Polski.
Patrząc na liczbę aktywności można odnieść wrażenie, że ciągle jesteś w ruchu.
Trochę tak jest. Jak lubię odpoczywać, to lubię odpoczywać... w ruchu. Chcę przebiec, przejechać i mieć z tego satysfakcję. Stawiam na kolarstwo romantyczne.
„Kolarstwo romantyczne”? Co to oznacza?
To nasze określenie na sposób podróżowania. Nie chodzi o ściganie ani bicie rekordów. Zatrzymujemy się, oglądamy ciekawe miejsca, robimy zdjęcia. Na rowerze można zobaczyć znacznie więcej niż z okna samochodu. To właśnie najbardziej lubię w takich wyprawach.
Co daje Ci największą satysfakcję z takich wypraw?
Po przejechaniu 500 kilometrów marzymy tylko o prysznicu i Sudocremie. Największą nagrodą jest jednak satysfakcja z pokonania własnych słabości. Lubię też to poczucie wolności, bliskość natury i możliwość oderwania się od codziennego pośpiechu. Takie wyprawy pozwalają naprawdę odpocząć – aktywnie, ale jednocześnie z dala od zgiełku i obowiązków.
Jakie są kolejne marzenia do zrealizowania?
Najpierw chcemy dokończyć Green Velo. Później bardzo chciałabym przejechać trasę Alpe Adria, która liczy ok. 500 kilometrów. Jest też jedno większe marzenie. Chciałabym kiedyś pojechać na rowerową wyprawę do Peru, zobaczyć Machu Picchu i Tęczową Górę. Pomysłów mam mnóstwo. Brakuje tylko... urlopu.
Czy tą pasją udało Ci się zarazić rodzinę?
Tak. Właściwie od zawsze jeździliśmy razem. Moje dzieci bardzo wcześnie zaczęły jeździć na dłuższe wyprawy. Mój chrześniak miał z kolei dziewięć lat, kiedy pokonał dystans ok. 100 km. Dzisiaj dzieci są już dorosłe i trochę śmieją się z naszych pomysłów, ale kiedy tylko mamy okazję, nadal wspólnie wybieramy się na rower.
Na koniec co powiedziałabyś osobom, które myślą o swojej pierwszej dłuższej wyprawie rowerowej?
Nie trzeba od razu planować 500 kilometrów. Wystarczy zacząć od krótszych tras i po prostu jeździć. Nie chodzi o bicie rekordów. Najważniejsze jest to, żeby czerpać z jazdy przyjemność. Reszta przyjdzie sama.
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()